To emocje, kiedy widzi się pędzącą jak gazele elitę. W ich tempie nie przebiegłabym nawet stu metrów! A oni tak gnają aż do mety!
To mobilizacja, żeby nie przegapić „swoich“, którzy wiedzą, że na 20-tym kilometrze, tuż za zakretem, będę czekała z energetycznym żelem. Oni czekają na ten moment dużo bardziej niż ja.
To zadanie, żeby wesprzeć na duchu biegaczy, kiedy ich oczy mówią: „Gorąco, nie dam rady!“. I krzyknąć do ich pleców: „Dasz! Jeszcze tylko siedem kilometrów! Lecisz po życiówkę“.
To w końcu ogromne wzruszenie, kiedy śledzę ostatnie 600 metrów do mety... Sama doskonale wiem, jak to jest. Ciało marzy już o odpoczynku, głowa nadludzkim wysiłkiem sprawia, że nogi wciąż się poruszają. A przecież są taaaakie ciężkie, sztywne, obolałe. Ledwo odrywają się od ziemi. I nagle ktoś krzyczy; „Dawaj, Beti, dawaj!“. I już nie wiem, czy łzy w oczach to wzruszenie, czy zmęczenie. Wiem, że nagle odrywam się od ziemi.
Chcesz dostawać info o nowych wpisach?
Kiedy w Londynie obserwowałam finisz pod Pałacem Buckingham, też miałam łzy w oczach. Nagle jak na dłoni zobaczyłam, jak to wyglada. Grymas na twarzy, spięte mięśnie. Nogi sunące tuż nad asfaltem. I wielka radość mimo jeszcze większego zmęczenia. Udało się, choć nikt nie wierzył. Ktoś spełnił marzenie swojego zycia. Ktoś udowodnił, że potrfai. Ktoś pobiegł w intencji ofiar w Bostonie. Ktoś zebrał pieniądze na leczenie umierającego ojca. Tysiące powodów. Walka ta sama. Najpiękniejsza. Bo z własnymi słabościami.
Tak, kocham biegać. Ale kocham też kibicować.

