Biegiem przez Londyn

36 tysięcy biegaczy, pół miliona kibiców. Rewelacyjny doping na trasie. Marzy mi się taki podczas imprez biegowych w Polsce. I wierzę, że kiedyś przestaniemy się wstydzić Uwierzymy, że oklaski i wołanie po imieniu zupełnie obcych nam ludzi, którzy na koszulkach napisali, jak się nazywają, to ogromna frajda. Nie tylko dla nich (zastrzyk energii tak potrzebnej podczas morderczej walki o pokonanie 42 km 195 m), ale też dla nas, kibiców. Wiem, bo zazwyczaj sama biegnę. I choć czasem nie mam nawet siły powiedzieć „dziękuję“, uśmiechem daję znać, że doceniam. Że to ważne. Że ktoś dodał mi skrzydeł.

W Londynie kibicowałam. Mam kontuzję, więc oddałam cudem zdobyty numer na jeden z najbardziej prestiżowym maratonów na świecie. I choć na starcie myślałam „Też chcę!“, już po chwili przypomniałam sobie, że kibicowanie jest fantastyczne.

To emocje, kiedy widzi się pędzącą jak gazele elitę. W ich tempie nie przebiegłabym nawet stu metrów! A oni tak gnają aż do mety!


To mobilizacja, żeby nie przegapić „swoich“, którzy wiedzą, że na 20-tym kilometrze, tuż za zakretem, będę czekała z energetycznym żelem. Oni czekają na ten moment dużo bardziej niż ja.

To zadanie, żeby wesprzeć na duchu biegaczy, kiedy ich oczy mówią: „Gorąco, nie dam rady!“. I krzyknąć do ich pleców: „Dasz! Jeszcze tylko siedem kilometrów! Lecisz po życiówkę“.

To w końcu ogromne wzruszenie, kiedy śledzę ostatnie 600 metrów do mety... Sama doskonale wiem, jak to jest. Ciało marzy już o odpoczynku, głowa nadludzkim wysiłkiem sprawia, że nogi wciąż się poruszają. A przecież są taaaakie ciężkie, sztywne, obolałe. Ledwo odrywają się od ziemi. I nagle ktoś krzyczy; „Dawaj, Beti, dawaj!“. I już nie wiem, czy łzy w oczach to wzruszenie, czy zmęczenie. Wiem, że nagle odrywam się od ziemi.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?


Kiedy w Londynie obserwowałam finisz pod Pałacem Buckingham, też miałam łzy w oczach. Nagle jak na dłoni zobaczyłam, jak to wyglada. Grymas na twarzy, spięte mięśnie. Nogi sunące tuż nad asfaltem. I wielka radość mimo jeszcze większego zmęczenia. Udało się, choć nikt nie wierzył. Ktoś spełnił marzenie swojego zycia. Ktoś udowodnił, że potrfai. Ktoś pobiegł w intencji ofiar w Bostonie. Ktoś zebrał pieniądze na leczenie umierającego ojca. Tysiące powodów. Walka ta sama. Najpiękniejsza. Bo z własnymi słabościami.

Tak, kocham biegać. Ale kocham też kibicować.
Trwa ładowanie komentarzy...